(...) Nigdy nie odpuszczamy - mówił Nocny Wędrowiec. Do końca. Dopóki żyjesz, walczysz. Dopóki możesz myśleć, walczysz. To umysł jest bronią. Reszta to narzędzia. Nie mają znaczenia. Można je zrobić, zdobyć, albo zastąpić" ( "Pan Lodowego Ogrodu" J.Grzędowicz)

O mnie

Moje zdjęcie
Łódzkie
Xena - wojowniczka, która po długiej drodze zabijaki, pirata i herszta, opowiada się po stronie dobra. Rozpoczyna walkę ze wszystkim co poprzednio było jej codziennością. Staje się postacią pozytywną. /Tak jej się przynajmniej wydaje :)/ T2N2M0 G3 to moje symbole rozpoznawcze w świecie medycyny. Od lipca 2012 prowadzę dodatkową walkę z przerzutami do kości (tak, żeby mi się nie nudziło). Od lipca 2014 bujam się z przerzutami do wątroby... Napisz do mnie: ksena@op.pl

Online

Statystyki

środa, 21 stycznia 2015

452. ani odrobiny normalności



"Pokatowałam" Was kilka dni Biszkoptem i Karmelem. Ale oni strasznie poprawiają mi humor.
Bo z humorem, jak z samopoczuciem.
Mimo, że nie jestem od dwóch tygodni pod wpływem chemii - nie czuję się najlepiej fizycznie.
Myślałam, że będzie fajnie, bo normalnie, bez skutków ubocznych.
Dupa.
Jestem zmęczonym, styranym wręcz człowiekiem - widmo.
Raz jestem, a dwa razy mnie nie ma. Śpię, leżę i odpoczywam nie mniej, niż po chemii.
Czyli jednak naprawdę jestem chora na sraka...!
To są skutki leczenia. Organizm jest sponiewierany i odmawia współpracy z życiem "normalnych" ludzi.
Męczące to, quźwa...

*

Młoda się zepsuła odrobinę, ale faszeruję Ją czym się da, być może w czwartek (jutro) pójdzie do szkoły.
A ja nie być może, tylko na pewno pędzę jutro na USG. To będzie moje być albo nie być.
Nie mam złudzeń. Nawet, jeśli guzy na wątrobie się nie powiększyły - i tak czeka mnie dalsza chemia.
Pan dr na moje zapytanie o dożywotnie karmienie mnie chemią, odpowiedział twierdząco.
Po co? - zapytałam - przedłużam sobie życie? 
No, w zasadzie tak - pokrętnie i wymijająco wił się Pan dr w ogniu pytań.
Fantastyczna przyszłość, nie ma co...!

*

https://www.facebook.com/dobra.fotografia?fref=nf

Dziś Dzień Babci.
Moja Ukochana Babcia zmarła 24 lata temu. Ciepła, kochana, typowa Babcia kochająca wnuczkę, swoje dzieci (niestety w tym moją matkę), swojego męża. Lubiana przez pół Łodzi - Śródmieście :). Pamiętam spacery z Nią na Plac Wolności. Pamiętam, jak osrały nas gołębie. Ja płakałam, a Babcia się śmiała.
A potem umarła.
Jeździłam do Niej na Doły z różą. I zawsze Ją prosiłam o opiekę nade mną i moją Rodziną.
I myślę, że co nieco wyprosiła dla Nas od Pana Boga.

Tęsknię za Tobą, Babciu...!

Druga babcia żyje, ale mnie nie lubi, bo nie lubiła mojej matki, a z czasem znielubiła mojego ojca, a swego syna. Nie wiem, jak Dziadek z nią wytrzymywał. Dziadek niestety nie żyje. Kochałam Go bardzo...

*

Nie mam co narzekać.
W końcu weekend spędziłam jako świadoma życia żona i matka.
Szykuje się drugi bez chemii.
Odrabiam zaległości w byciu w "normalnym stanie", przynajmniej się staram.
Moi Swoi przyzwyczaili się do mojego przysypiania.
Wy chyba też? ;)

<3


sobota, 17 stycznia 2015

451. Neko


Wrocławska Grupa Pomocy Kotom NEKO (oznacza KOT) miał zaszczyt zakochać mnie w swojej działalności, a szczególnie w opiece nad dwoma fantastycznymi braćmi:

"Dla tych, którzy nie znają chłopaków:
Biszkopt i Karmel to maluchy wychowywane od 7 dnia życia na butelce. Straciły swoją mamę, kiedy jeszcze miały zamknięte oczka i uszka. Wychowywanie ich wymagało od nas wiele pracy i poświęcenia. Było pełne strachu o tak małe istotki, za których życie odpowiadaliśmy. Przede wszystkim jednak przez te wszystkie dni i miesiące chłopcy dostarczali nam OGROM radości i satysfakcji. Przez ten cały czas skradli serca nie tylko nasze, ale i wielu ludzi, którzy dzielnie śledzą ich losy. Jeśli jeszcze nie miałaś/miałeś okazji ich poznać- zapraszamy do galerii zdjęć, gdzie możecie zobaczyć jak kociaki rosły." 


Muszę, po prostu muszę Wam pokazać Cudeńka, Karmelka i Biszkopta, których pokochałam i oglądam ich zdjęcia codziennie, zwłaszcza, kiedy mam zastój w humorze albo gdy zajdzie słońce :). Przygotujcie się na foty, które rozmiękczą Wasze serca:



















































































https://www.facebook.com/GrupaNeko?fref=photo







Wiem, zaszalałam z fotkami, ale również wiem, że wśród Was dużo jest wielbicieli Kotów.
Jeśli ktoś z Was chce wspomóc grupę finansowo, wszelkie informacje są pod ostatnim zdjęciem z odnośnikiem do strony NEKO na fejsie. Wiadomo - leczenie, kastracja, opieka nad porzuconymi kotami - wymaga nakładów finansowych. O tym, ile z nich jest pozbawianych domów, sami wiecie...Po świętach był "wysyp niedobranych, niechcianych prezentów"...:(
Bardzo mnie to wkurza, że ludzie są nieodpowiedzialni i doprowadzają do zwierzęcych tragedii.
A przecież Koty to pożyteczne i przyjemne zwierzęta obdarzone tajemnicą, inteligencją i miłością do człowieka.
Gdybym mogła, przygarnęłabym niejednego kota. Ale nie mogę :(.
Dlatego polecam stronę Neko i jakiejkolwiek inne strony o porzuconych kotach, gotowych do adopcji.

*

Miał być post o czymś innym, ale to nie ucieknie.
Chciałam jak najszybciej podzielić się z Wami Karmelkiem i Biszkopcikiem.
Na stronie NEKO jest jeszcze więcej zdjęć.
Zapraszam!

*

Weekend... :)
Wreszcie jakiś normalny!
Idę poświęcić go Moim Swoim natentychmiast!
A Wy - znajdźcie czas na to samo!
Ściskam <3
Ksenka







czwartek, 15 stycznia 2015

450. mandarynkowo






Wracam powoli do swojego świata, który od kilku tygodni pachnie...mandarynkami.
Mogę je jeść na kilogramy dziennie.
Bez opamiętania :). MM nie nadąża z zakupami dla mnie.
Ale nie dość, że są pyszne i słodkie, to doskonale walczą z zaparciami. A z nimi mam problemy, odkąd jestem na morfinie w plastrach. Taki skutek uboczny.
Doszło do tego, że nie ma już w aptece leku, którego bym nie przetestowała ;)  bez żadnego efektu, niestety.
Wróciłam do natury więc - siemię lniane, śliwki suszone, cytrusy, kisielki - przynajmniej na mnie na razie działa!
Jeśli macie jakieś inne, sprawdzone metody na "te sprawy" - podzielcie się, co?
Z wyjątkiem lewatywy :D.

*

Poruszona jestem Waszymi mailami do mnie. Dziękuję Wam za troskę, miłe i dobre słowa.
Uwierzcie mi w końcu na słowo pisane - każde zdanie, które od Was dostaję - daje mi MOC. To nie banał.
A Wy mi nie wierzycie.
Modlitwy i słowa pokrzepienia są dla mnie bardzo ważne. Jest to dla mnie motywacja dodatkowa, by wstać z kanapy, iść np. do lodówki po mandarynki ;), ale serio - świadomość, że nie jestem sama z tym gównem pochemijnym jest dla mnie wzruszeniem i paliwem do życia.

Wg statystyk powinnam już nie żyć.
Na złość wyliczeniom będę jednak żyć tyle, ile będzie potrzeba. Nie po to upadłam tyle razy, by teraz odpuszczać.
Wyznam Wam coś. Kiedy leżałam w szpitalu po usunięciu piersi, miałam ten luksus, że byłam sama w sali.
(Przypominam, że w Wieliszewie są generalnie sale dwuosobowe!).
Mogłam słuchać muzyki, rozmyślać na głos, bo lubię czasem pogadać z kimś inteligentnym ;). I tak zastanawiałam się głośno w rozmowach z Bogiem, co mam do zrobienia na tym świecie, skoro lekarze dają mi niewiele czasu i % na przeżycie - raptem 30. Spisałam na kartce pomysły, jakie wpadły mi do głowy.
Nie było słowa o blogu.
Nawet nie przyszło mi to do głowy.
W domu szukając info o Ulubionym Doktorku Asi - "wpadłam" na Jej bloga. Mrugając bezrzęsnymi oczami czytałam...o sobie. Te same myśli, poczucie humoru podobne, refleksje, na smutno, na wesoło.
Przeczytałam bloga jednym tchem i pomyślałam, że zacznę pisać dla siebie. Kiedyś prowadziłam pamiętniki, ale je spaliłam, bo co to za filozofia pozbyć się papieru.
Pisanie przynosiło ulgę. Potem przyniosło Czytelników, poznałam mnóstwo, całe garście cudownych Ludzi, dzięki czemu tak naprawdę żyję do tej pory.
Jedno zdarzenie ciągnie za sobą następne, znajomość jedna za drugą; pomysł, rada, czyn i oto jestem tu, gdzie jestem.
Dzięki Wam żyję.
Nie wiem, jak długo to potrwa, ale póki co - właśnie dlatego otrzymuję od Was MOCe, Radość, Przyjaźń, Zrozumienie, Wsparcie, Wsparcie i jeszcze raz WSPARCIE.

I to mi pachnie mandarynką. Rozkoszuję się smakiem każdej cząstki. To nie tylko przyjemność, ale i na zdrowie mi idzie!

A jeżeli ja mogłam komuś z Was pomóc - radość z tego podwójnie liczona jest!
Dobro powraca, więc niech Wam się szczęści, układa, niczym cały owoc, gdzie każdy jej kawałek jest na swoim miejscu, razem z MOCą i świątecznym zapachem bezpieczeństwa na co dzień.

*

Przymierzam się do wykonania badania USG.
W przyszłym tygodniu.
Mogę się teraz rozkoszować chwilami normalności, cały czas pamiętając oczywiście o odpoczynku i oszczędzaniu się.
KOC i MOC jest ze mną!
Całuję mandarynkowo, a zapach w domu - bezcenny!








niedziela, 11 stycznia 2015

449. Gdzie jesteś...



...dziewczyno o długich czarnych włosach, rozpuszczonych namiętnością poznawania świata, o wysokim, szczebioczącym wesoło głosie? Z naiwnością i ufnością łamiącą twarde skorupy szorstkiej miłości MM, który całkiem poległ w jej czarnych oczach, okupiony zachwytem i troską o tą chudą dziewczynę ze zwariowaną głową? Z łatwością, radośnie zakładająca okowy rodziny, pełna nadziei na wspaniałe, kolorowe życie u boku MM i całej gromady dzieci? 

Mam ochotę wybić wszystkie lustra w domu i krzyczeć.
Tak głośno, aż ochrypnę, rozpłaczę się i uklęknę na podłodze łazienki, chwytając się wanny, z wiązanką wojennych przekleństw. Kopać przy tym ściany, rozwalić pralkę jakimś młotkiem, zepsuć drzwi. Z dzikością w oczach i obłędem w głowie wrócić na kanapę bez sił.

...dziewczyno o słodkim spojrzeniu, wróć tu na chwilę. A pamiętasz dzień ślubu? Słońce Wam Nieba przychyliło, Młoda gdzieś błąkała się w Tobie, nawet o tym nie wiedziałaś. Ona była z Wami w kościele. Mały świadek wielkiego szczęścia. Byliście tak piękną, radosną, młodą parą zakochanych w sobie ludzi. Wzruszeniem ramion i znaczącym spojrzeniem słuchaliście o tym, że nie zawsze będzie tak kolorowo. Że będą problemy. Że w zdrowiu i w chorobie...

Nie mogę patrzeć na tą obcą gębę w lustrze. Łysa jak kolano, spuchnięta od leków, z podkowami pod oczami i miarowym szuraniem kapci obwieszczam, że wstałam. Że chcę jeść, pić, tak, nie, nie wiem.
Pod zamkniętymi powiekami przesuwają się obrazy z mojego życia. Przetrawiam po raz kolejny to samo, te same myśli, te same wytarte o gębę stojaka od kroplówki, slogany o miłości w chorobie, nadziei, wierze i miłości. Przetrwaliśmy. Nie takie sztormy i burze targały naszym domem, naszym życiem.

...dziewczyno o bystrym umyśle, a czy nie pamiętasz, jak szybko nauczyłaś się nowej roli w życiu? Nie było Ci lekko, ale dałaś sobie radę. Nikt Ci nie powiedział, co robić, jak kochać, gotować, być żoną i matką. Z dzieckiem na ręku pokonałaś niejedną przeszkodę...potem poszłaś do pracy i świat jeszcze bardziej Wam przyspieszył. Żyliście w kolorowej bańce, już starsi, ale ciągle szaleni, już doświadczeni, ale ciągle cudownie naiwni...

Tyle kilometrów miłości na dywanie wspomnień. Widzę je. Nawet jak odwrócę głowę, słyszę i czuję, że ten sam dywan, który tyle widział, jest jak świadectwo. Pięknie. Dzisiaj brzmi to dla mnie jak przekleństwo. Nie słucham dobrych aniołów, wiatr je przegonił.
Pomógł mu mój "Mroczny Pasażer" ("Dexter") , który siedzi na łodzi majtając nogami, pali papierosy i przygląda się każdemu mojemu dniu i nocy. Nie odpłynął daleko, bo liczy, że spojrzę w jego stronę i skinę głową. A wtedy demony wrócą. I moja dusza się podda. Sama świadomość może zaboleć.

*

Przeźrocza z chemioterapią w tle.
Swoje demony pakuję do worka z resztką włosów i spalam je.
Na dzisiaj. Na jutro.
Choćby na chwilę.



poniedziałek, 5 stycznia 2015

448. "Optymizm serca, pesymizm świadomości." ~ Antonio Gramsci










Nowy Rok jeszcze się nie zaczął, a już mi przypomniał, kim jestem i gdzie jest czasem moje miejsce ... w domu. Przyszła gorączka, potem następna, w pakiecie z bólem.
Musiałam stanąć dosłownie na głowie, żeby pojechać do szpitala na chemie. I tak się stało. Dlaczego nie?
Przecież ja chcę "tylko" ukończyć leczenie taxolem, żeby zrobić badanie i odpocząć.

Dowiedziałam się o serdecznej mi Judycie.
O tym, że już nie przeczytam Jej opowieści okraszonych /śmiechem/, że ubyła mi osoba, która zawsze miała dla mnie ciepłe słowo, walcząc ze srakiem. Przyjmowała mnie taką, jaką jestem, bez ściemniania.

A potem przyszła Niedziela. Tak, wczorajsza. O mało mnie nie zabiła swoim bezkrwistym ubarwianiem "mojego dnia". Zamknęła mnie na cztery spusty w sypialni i pozwoliła przyjść do Moich - Swoich dopiero przed 16, by i tak mnie więzić i męczyć do północy jako bezużyteczną matkę i żonę.
Dlatego sił mam niewiele, ale chcę Wam wysłać uśmiech z rana.
Jestem.
Z każdą godziną, daj Boże, że mocniejsza będę.
Znalazłam to zdjęcie raniutko i to był mój "motor" do działania, tak po prostu.
Że jestem, żyję, dziękuję Wam za troskę.
Dzisiaj dla mnie jest Niedziela, jutro też będzie. Moi będą ze mną.
Jestem w dobrych rękach. I w dobrym miejscu w blogosferze.

I o ten optymizm będę walczyć, ile dam radę.
Razem z Wami <3